wtorek, 8 lutego 2022

[K01] Wybranka w carskiej Rosji, czyli Leigh Bardugo i pierwsza trylogia Grishaverse

Brak komentarzy:
Swój wielki powrót do recenzowania planowałam pół roku temu i nawet stworzyłam post o nazwie "Cień i kość". Życie jednak weryfikuje plany, a ja nie chcę rezygnować z pisania recenzji tylko ze względu na to, że skończyłam całą serię. Myśli o niej wciąż są we mnie żywe, do pewnego stopnia trylogia ta zmieniła moje postrzeganie na fantastykę młodzieżową.

Nim jednak zaczniemy, chciałabym ostrzec, że moje recenzje dzielić się będą na dwie części ─ niespoilerową i tzw. spoiler talk, gdzie na dokładnych przykładach chciałabym omówić, co mi zagrało, a co nie. Wersja spoilerowa dostępna jest na końcu recenzji po kliknięciu w odnośnik lub po kliknięciu w post. To tyle z ogłoszeń parafialnych.

A więc warto zacząć od tego, że od dawna nie czytam żadnych młodzieżówek. Ze względu na szkołę i klasę humanistyczną zakopałam się w lekturach, którym raczej daleko do współczesnych utworów YA. Znacznie wzmogło to moją krytyczną stronę natury i sprawiło, że mam raczej negatywne nastawienie do tego typu książek. Nie mogę więc powiedzieć, że książki Bardugo mnie zaskoczyły. Przy pierwszym tomie miałam nawet epizod, że błagałam Zmrocza, aby nie okazał się zły, bo... to byłoby bardziej zaskakujące.

Nie da się ukryć - szkic fabuły nie jest nadzwyczaj oryginalny, a konstrukcja bohaterów przez większość czasu błaga o pomstę do nieba. Nie są co prawda jednowymiarowi, ale wcale nie zamazuje to ich płytkości i zwyczajnego bycia niezwykle typowymi. Bardugo wykorzystuje schematy od lat charakterystyczne dla fantastyki dla młodzieży. Oto w końcu jest cyniczna i biedna sierota, która okazuje się Wybrańcem mającym ocalić kraj - jednym z dwóch najpotężniejszych griszów w dziejach. Wokół niej jest kilku niezwykle przystojnych mężczyzn, którym mogłaby oddać serce. Mal, czyli najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, pierwsza miłość i zwykły człowiek, który nigdy nie zrozumie magii krążącej w ciele dziewczyny staje przeciwko potężnemu, ambitnemu antagonisty zwanego Zmroczem (lub Darklingiem w zależności od tłumaczenia), który jako jedyny może ją zrozumieć. W tym tomie dochodzi jeszcze książę z wygórowanym ego. Wszyscy oczywiście maksymalnie seksowni, wszyscy niedostępni dla innych kobiet z wyjątkiem naszej głównej bohaterki, Aliny. Wszystko to jest tak do cna archetypowe, że nie jest trudno poczuć irytację. I tak jest z każdym kolejnym bohaterem, który pojawia się na kartach powieści. Każdy wykorzystuje oklepany archetyp, co nie pozwoliło mi na szczególne wczucie się w los postaci. Brakowało im tego czegoś. Ta sytuacja sprawia jednak, że w momencie, w którym pojawi się szczególnie ukochany przez czytelnika archetyp, ten przepadnie w nim bez reszty. Musze przyznać, że tak też było ze mną. Sturmhond ze swoją próżniacką arogancją całkowicie skradł moje serce i przyznaję się bez bicia.

Dobra, ale przecież muszą być jakieś powody, dla których seria Bardugo zyskała taką popularność. A bynajmniej wytarte schematy do nich nie należą (bądź nie powinny...). Przejdźmy więc do pozytywów, bo te także występują.

Przede wszystkim - konstrukcja świata przedstawionego. Opis kultury i religii Ravki jest na najwyższym poziomie, a nieoczywista inspiracja w postaci XIX-wiecznej Rosji... To niezaprzeczalnie działa. Griszaverse ma dzięki temu swój niepowtarzalny klimat, który potrafi zachwycić czytelnika. Autorka włożyła mnóstwo serca do tworzenia uniwersum i widać to na każdym kroku. Niejednokrotnie złapałam się na tym, że czytałam nie tyle, aby znać ciąg dalszy fabuły, a poznać kolejne tajniki i ciekawostki świata, w którym żyją bohaterowie.

Na pochwałę zasługują także dialogi, które wręcz ociekają ironią i są zwyczajnie zabawne. Przy dodaniu do tego szybkiego tempa akcji, nietrudno o powieść, która może wgnieść w fotel. Jednak bohaterowie, a już zwłaszcza Mal, zmuszali mnie bardziej do odłożenia książki i zrobienia kilku kroków po pokoju, aby się uspokoić i nie wyrzucić książek przez okno. Uwierzcie, kusiło mnie jak cholera. Jedynym powodem, dla którego w żaden sposób nie ucierpiały jest fakt, że nie należą do mnie. Tyle i aż tyle.

Wróćmy jednak do szybkiego tempa akcji. Nie wiem, może zbyt przyzwyczaiłam się do dość statycznych lektur, ale czytanie trylogii przypominało mi gonitwę. Pełne dramatyzmu sceny przeplatały się z krótkimi chwilami spokoju, by za chwile uderzyć znowu, ze zdwojoną mocą. Ostatecznie przyprawiło mnie to o ciągłe napięcie w oczekiwaniu, aż wszystko się znowu zepsuje. Przyznam, że momentami brakowało mi takiego dłuższego zatrzymania, nieco statyczności, bez żadnych większych dram. Chwil, które pozwoliłyby na dodanie więcej kolorytu postaciom. Szczególnie uwidoczniło się to w trzeciej części, gdzie akcja mknęła w zastraszającym tempie. Budzi to u mnie skojarzenia z chęcią wciśnięcia jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Nie umiem jednak stwierdzić, na ile wynika to z moich osobistych preferencji.

Przez wzgląd na to wszystko nie mogę nie przyznać, że trylogia Bardugo nie potrafi wciągnąć, bo, cholera, potrafi. Seria ma swoje skazy i niedociągnięcia, ale ostatecznie wszystkie wątki się całkiem ładnie łączą i splatają. Warto przy tym dodać, że stylistycznie każdy kolejny tom jest lepszy, a dochodzą do mnie wieści, że Szóstka Wron jest znacznie lepsza. Trylogia Aliny to debiutanckie powieści autorki i miło patrzeć na to, w jaki sposób się rozwija. Jakoś mi cieplej na serduchu od tego.

Ostatecznie chciałabym polecić wam tę serię jako ciekawą odskocznie w oryginalnym świecie i szybką, zwartą akcją. Jeżeli macie tę trylogię za sobą, możecie opowiedzieć o swoich przemyśleniach. Wszystko z wielką chęcią przeczytam ^^

Dyletancko – czyli jak?

Brak komentarzy:

Według słownika języka polskiego PWN dyletant to osoba zajmująca się jakąś dziedziną lub wypowiadająca się o niej bez fachowej wiedzy lub odpowiedniego przygotowania. Amator, w negatywnym tego słowa znaczeniu

Serwis polszczyzna.pl dodaje do tej definicji początkowe znaczenie dyletanta, opisując go jako miłośnika sztuki. Jednak żadnego specjalistę czy profesjonalistę, ot miłośnika. Od XVIII w. jednak wiele rzeczy się zmieniło i słowo to – jakże piękne – nabrało negatywnych cech. No, co najwyżej neutralnych jeśli użyjemy go w kontekście samego siebie. 

Ja mogę jednak z czystym sumieniem uznać, że jestem dyletantką. Nie mam specjalistycznej wiedzy na tematy, na które się wypowiadam. Moje posty są przesycone mną, subiektywnością i takowym dyletanctwem. Żaden ze światów, które opisuję nie jest całkowicie moim. W każdym z nich co najwyżej raczkuję i nie jest mi z tego powodu źle. Bo od czegoś trzeba zacząć, prawda? 

Ale chwila, chwila! O jakich światach właściwie mówię? O czym będzie ten blog? 

Najprostszą odpowiedzią byłoby: o wszystkim i niczym. Stwierdzenie to nie odbiegałoby zresztą tak daleko od prawdy, jednak nie brzmi zbyt zachęcająco, czyż nie? Postaram się więc zawęzić te widełki do amatorskich (czy też dyletanckich) recenzji i przemyśleń nt. książek, anime, filmów czy seriali. Nie wykluczam jednak pojawienia się także innych treści, bardziej niezobowiązujących i odpowiadających temu, co w danej chwili uważam za interesujące. 

Cóż, skoro wszystko sobie wyjaśniliśmy nie pozostaję mi już chyba nic poza zaproszeniem Cię, czytelniku, do wyruszenia ze mną w tę drogę przez twory młodsze i starsze, przez klasyki i dzieła niszowe, przez krótsze i dłuższe zainteresowania. Mam nadzieję, że będziemy się świetnie razem bawić!