Nim jednak zaczniemy, chciałabym ostrzec, że moje recenzje dzielić się będą na dwie części ─ niespoilerową i tzw. spoiler talk, gdzie na dokładnych przykładach chciałabym omówić, co mi zagrało, a co nie. Wersja spoilerowa dostępna jest na końcu recenzji po kliknięciu w odnośnik lub po kliknięciu w post. To tyle z ogłoszeń parafialnych.
A więc warto zacząć od tego, że od dawna nie czytam żadnych młodzieżówek. Ze względu na szkołę i klasę humanistyczną zakopałam się w lekturach, którym raczej daleko do współczesnych utworów YA. Znacznie wzmogło to moją krytyczną stronę natury i sprawiło, że mam raczej negatywne nastawienie do tego typu książek. Nie mogę więc powiedzieć, że książki Bardugo mnie zaskoczyły. Przy pierwszym tomie miałam nawet epizod, że błagałam Zmrocza, aby nie okazał się zły, bo... to byłoby bardziej zaskakujące.
Nie da się ukryć - szkic fabuły nie jest nadzwyczaj oryginalny, a konstrukcja bohaterów przez większość czasu błaga o pomstę do nieba. Nie są co prawda jednowymiarowi, ale wcale nie zamazuje to ich płytkości i zwyczajnego bycia niezwykle typowymi. Bardugo wykorzystuje schematy od lat charakterystyczne dla fantastyki dla młodzieży. Oto w końcu jest cyniczna i biedna sierota, która okazuje się Wybrańcem mającym ocalić kraj - jednym z dwóch najpotężniejszych griszów w dziejach. Wokół niej jest kilku niezwykle przystojnych mężczyzn, którym mogłaby oddać serce. Mal, czyli najlepszy przyjaciel z dzieciństwa, pierwsza miłość i zwykły człowiek, który nigdy nie zrozumie magii krążącej w ciele dziewczyny staje przeciwko potężnemu, ambitnemu antagonisty zwanego Zmroczem (lub Darklingiem w zależności od tłumaczenia), który jako jedyny może ją zrozumieć. W tym tomie dochodzi jeszcze książę z wygórowanym ego. Wszyscy oczywiście maksymalnie seksowni, wszyscy niedostępni dla innych kobiet z wyjątkiem naszej głównej bohaterki, Aliny. Wszystko to jest tak do cna archetypowe, że nie jest trudno poczuć irytację. I tak jest z każdym kolejnym bohaterem, który pojawia się na kartach powieści. Każdy wykorzystuje oklepany archetyp, co nie pozwoliło mi na szczególne wczucie się w los postaci. Brakowało im tego czegoś. Ta sytuacja sprawia jednak, że w momencie, w którym pojawi się szczególnie ukochany przez czytelnika archetyp, ten przepadnie w nim bez reszty. Musze przyznać, że tak też było ze mną. Sturmhond ze swoją próżniacką arogancją całkowicie skradł moje serce i przyznaję się bez bicia.
Dobra, ale przecież muszą być jakieś powody, dla których seria Bardugo zyskała taką popularność. A bynajmniej wytarte schematy do nich nie należą (bądź nie powinny...). Przejdźmy więc do pozytywów, bo te także występują.
Przede wszystkim - konstrukcja świata przedstawionego. Opis kultury i religii Ravki jest na najwyższym poziomie, a nieoczywista inspiracja w postaci XIX-wiecznej Rosji... To niezaprzeczalnie działa. Griszaverse ma dzięki temu swój niepowtarzalny klimat, który potrafi zachwycić czytelnika. Autorka włożyła mnóstwo serca do tworzenia uniwersum i widać to na każdym kroku. Niejednokrotnie złapałam się na tym, że czytałam nie tyle, aby znać ciąg dalszy fabuły, a poznać kolejne tajniki i ciekawostki świata, w którym żyją bohaterowie.
Na pochwałę zasługują także dialogi, które wręcz ociekają ironią i są zwyczajnie zabawne. Przy dodaniu do tego szybkiego tempa akcji, nietrudno o powieść, która może wgnieść w fotel. Jednak bohaterowie, a już zwłaszcza Mal, zmuszali mnie bardziej do odłożenia książki i zrobienia kilku kroków po pokoju, aby się uspokoić i nie wyrzucić książek przez okno. Uwierzcie, kusiło mnie jak cholera. Jedynym powodem, dla którego w żaden sposób nie ucierpiały jest fakt, że nie należą do mnie. Tyle i aż tyle.
Wróćmy jednak do szybkiego tempa akcji. Nie wiem, może zbyt przyzwyczaiłam się do dość statycznych lektur, ale czytanie trylogii przypominało mi gonitwę. Pełne dramatyzmu sceny przeplatały się z krótkimi chwilami spokoju, by za chwile uderzyć znowu, ze zdwojoną mocą. Ostatecznie przyprawiło mnie to o ciągłe napięcie w oczekiwaniu, aż wszystko się znowu zepsuje. Przyznam, że momentami brakowało mi takiego dłuższego zatrzymania, nieco statyczności, bez żadnych większych dram. Chwil, które pozwoliłyby na dodanie więcej kolorytu postaciom. Szczególnie uwidoczniło się to w trzeciej części, gdzie akcja mknęła w zastraszającym tempie. Budzi to u mnie skojarzenia z chęcią wciśnięcia jak najwięcej w jak najkrótszym czasie. Nie umiem jednak stwierdzić, na ile wynika to z moich osobistych preferencji.
Przez wzgląd na to wszystko nie mogę nie przyznać, że trylogia Bardugo nie potrafi wciągnąć, bo, cholera, potrafi. Seria ma swoje skazy i niedociągnięcia, ale ostatecznie wszystkie wątki się całkiem ładnie łączą i splatają. Warto przy tym dodać, że stylistycznie każdy kolejny tom jest lepszy, a dochodzą do mnie wieści, że Szóstka Wron jest znacznie lepsza. Trylogia Aliny to debiutanckie powieści autorki i miło patrzeć na to, w jaki sposób się rozwija. Jakoś mi cieplej na serduchu od tego.
Ostatecznie chciałabym polecić wam tę serię jako ciekawą odskocznie w oryginalnym świecie i szybką, zwartą akcją. Jeżeli macie tę trylogię za sobą, możecie opowiedzieć o swoich przemyśleniach. Wszystko z wielką chęcią przeczytam ^^
Uwaga, tu zaczynają się spoilery!
No, teraz się zacznie zabawa. To mój pierwszy post tego typu, więc jestem maksymalnie podekscytowana. AAAAAA!
Do Bardugo byłam wręcz maksymalnie niechętna. Jak wspominałam w notce niespoilerowej, od dawna nie czyta(ła)m młodzieżówek i niespecjalnie miałam ochotę to zmieniać. Wygodnie mi było wśród lektur, nawet do III części Dziadów zdołałam się przekonać, a tu mam wracać do mrocznych czasów młodości? No, nie bardzo mi się to widziało. Mój powrót do YA mogę więc w całości zawdzięczać mojej przyjaciółce, która absolutnie zakochała się w Griszaverse. I tak długo mnie męczyła i dręczyła tym, że nie rozumiem większości co do mnie mówi, że zdecydowałam się spróbować.
Przyznam, na początku była to droga przez mękę. Wszystkie tomy przeczytałam stosunkowo szybko (choć między tomem pierwszym a następnymi miałam kilkumiesięczną przerwę), jednak ten pierwszy był dla mnie niczym zderzenie ze ścianą. Główna bohaterka już na początku opisała siebie jako wiecznego przegrywa, mizerotę i sierotę, niezbyt ładną dziewczynę i na dodatek beznadziejnie zakochaną w swoim najlepszym przyjacielu, Malu. Cholernie. Seksownym. Przyjacielu. Bądźmy szczerzy, taki opis nie jest najciekawszym wprowadzeniem. Jednak czego nie robi się dla przyjaciół, prawda?
No i nie żałuję, że zdecydowałam się jakoś przeżyć maksymalnie irytującą postać naszej przyszłej wybranki Aliny i jej pięknego tropiciela. Świat bowiem jest absolutnie niesamowity. Okrutny podział na magów (griszów) oraz ludzi (otkazat'sya), wewnętrzne podziały wśród samych griszów i skomplikowana sytuacja polityczna. Magia, którą można wzmacniać za pomocą specjalnych amuletów - amplifikatorów. Tajemnicze rozcięcie zwane Fałdą lub Niemorzem, pełne krwiożerczych potworów zrodzonych z ciemności. Religia oparta na wiarę w świętych z kolorowych ikon, brutalnie mordowanych męczenników. Wreszcie - inspiracja dziewiętnastowieczną Rosją, czego nie widziałam jeszcze nigdy, w żadnej książce. Bardugo tworzy wyjątkową scenografię pod swoją historię, która moim zdaniem skutecznie przyćmiewa ją samą. W tym wypadku wychodzi to zdecydowanie na korzyść!
Tym, co mi bardzo, ale to bardzo nie grało w tym wszystkim to znany motyw wybrańca. Jest on na tyle częsty w literaturze, bym przez lata zdołała się do niego skutecznie uprzedzić. A Alina już od początku kreowana była na takiego przegrywa, że myśl o jej byciu wybranką, jedyną w dziejach Przywoływaczką Słońca, która mogłaby ocalić Ravkę przed Fałdą... Przyprawiała mnie o mdłości i ciągłe przewracanie oczyma.
Nie polepszała tego kreacja Zmrocza. Okrutny manipulator, ambitny, żądny władzy i mściwy zdaje się wcieleniem zła. Autorka poświęca jednak tyle czasu na opisy jego pięknej twarzy i uczuć, jakie mimowolnie czuje do niego Alina, że nie wybrzmiewa to wystarczająco dobrze. Oczywiście, bardziej ogarnięty czytelnik zrozumie, do jakiego stopnia Zmrocz był negatywną postacią. Niestety, zdążyłam się spotkać z fangirlingiem w jego stronę wśród fandomu, co mnie nieco uwiera. Bo okej, sama lubię Zmrocza. To jedna z trzech postaci (o pozostałych dwóch nieco później), które wzbudziły moje zainteresowanie i sympatię. Scena kremacji zwłok Sankta Aliny i Zmrocza, kiedy ukryta przed oczami zwykłych ludzi Alina szepcze: "Aleksander" poruszyła moje serce. Jednak nie umiem oprzeć się wrażeniu, że próby ukazania ludzkich słabości, samotności i tęsknoty za zrozumieniem Zmrocza po dodaniu jego seksowności stworzyły niebezpieczną mieszankę. Momentami za bardzo przyćmiewają wszystkie zbrodnie, których dopuścił się Przywoływacz Cienia. A tych nie było mało.
Dobra, teraz chyba zabrzmię jakbym miała jakiś problem do ładnych postaci. Ale nie mam, naprawdę. Albo wydaje mi się, że nie mam. W każdym razie chciałabym przejść teraz do Nikołaja czy też Sturmhonda. Matko, jak ja kocham tego gościa. Drugi tom przeczytałam niemal wyłącznie dla niego. Mam absolutną słabość do próżnych, acz piekielnie inteligentnych postaci. A Nikołaj niezaprzeczalnie taki jest. Kocham jego poczucie humoru, kocham jego pewność siebie, kocham skrywanie swoich wszelkich wątpliwości pod tymi maskami. Jako jedyny zdawał się zachowywać zdrowy rozsądek w tym całym galimatiasie. Ale jak okazało się, że jest kolejnym przystojniakiem starającym się o względy Aliny, miałam ochotę palnąć sobie książką w głowę. Gdzie się podziali brzydcy amanci? Świetna była za to przemiana Nikołaja w potwora. Nie sądziłam, że autorka będzie miała jaja zrobić mu jakiekolwiek kuku, więc mile się zaskoczyłam.
Trzecią przewspaniałą postacią jest Baghra. Zrzędliwa, marudna i wredna matka Zmrocza to była kobieta jedyna w swoim rodzaju. Już od początku poczułam do niej pewną sympatię (wcale nie dlatego, że nie bała się słusznie obrażać Alinę, wcaaaale), a w trzecim tomie dodatkowo nabrała kolorytu. Jej historia jako córki Morozova była jedną z tych rzeczy, które były dla mnie pewnym zaskoczeniem; obstawiałam, że Ilia był jej partnerem, nie ojcem. Doceniam jej zdecydowany i nieustępliwy charakter oraz tragiczną miłość, jaką obdarzała swojego syna. Jej poświęcenie nieco zmiotło mnie z planszy i chyba wciąż nie potrafię ogarnąć, że ta stara kobieta mogła umrzeć.
Skoro już wspomniałam to chciałabym podjąć też temat Morozova, bo to on de facto jest fabularnym twórcą w tym uniwersum. Gdyby nie on nie byłoby w końcu Fałdy, bo nie byłoby Przywoływacza Cienia, a tym samym i Przywoływaczki Słońca. Nie byłoby wybitnego tropiciela Mala. Koniecznie chcę o tym wspomnieć, bo to był chyba najbardziej zaskakujący wątek w całej serii. Absolutnie się tego nie spodziewałam i brawa dla Bardugo za tak sprytną manipulację fabułą, by nawet czytelnika przekonać, że to ognioptak jest trzecim amplifikatorem.
Doceniam też zakończenie, gdzie Alina i Mal zostają pozbawieni swoich zdolności i skazani na porzucenie tożsamości, by zacząć nowe życie. Życie typowych otkazat'sya. A scena jak zwykli ludzie zaczęli świecić i w ten sposób niszczyć Fałdę... Super klimat. Wspaniale wskazuje, że moc gotowa przełamać niemożliwe nie jest wyłącznie w pozornie idealnych, a w każdym człowieku.
Co prawda liczyłam, że ktoś umrze, ale nie można mieć wszystkiego, prawda?
Tak, wiem, że jestem okrutna.
Na zakończenie chciałabym powrócić do kwestii budowy świata. Bardugo uświadomiła mi bowiem jaka moc drzemie w języku. Specyficzne słownictwo, neologizmy powstałe do opisu magii tego uniwersum, zwróciły mi uwagę na coś, co dotychczas ignorowałam. Kefta, otkazat'sya, Dva Stolba czy moi soverenyi - to wszystko tworzy kod, który zrozumie jedynie czytelnik. Kod będący idealnym gruntem pod rozwój więzi z uniwersum, z którego wykwita kwiat w postaci fandomu. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że potęga języka w fantastyce jest szczególnie wielka. To siła, której nie można lekceważyć. Żałuję, że zdałam sobie sprawę z tego dopiero teraz.
No, to chyba wszystko. Koniecznie podzielcie się swoimi przemyśleniami! Jakie są wasze ulubione postacie, co sądzicie o postaci Zmrocza i wiele, wiele innych!
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz